O tym jak przebiegała ewolucja człowieka chodzą różne słuchy... W skrócie można by było to zobrazować tak: od gara z wodą stojącego na ogniu- do czajnika elektrycznego.
Nie ma co się śmiać, bo temat jest (nie)poważny....
Jestem: Jestem....
Ja: Ja też.
Ja jestem: To co robimy? Grzejemy się czy nie?
Jestem: Przecież wiesz, że mnie nic do tego, bo mam związane ręce, ale za to Ty.. hulaj dusza- piekła nie ma.
Ja: Już ja Ci dam popalić! Nie ma siedzenia/ stania w miejscu trzeba się ruszać.
Ja jestem: No to gotujmy się.
W ten oto sposób człowiek rozpoczyna swoją drogę krzyżową przez życie. Raz na małym ogniu emocji, a innym razem aż iskry lecą. Potem przychodzi okres sennej / na czuwaniu regeneracji, kiedy naczynie, w którym gotuje się Życie- odłącza się od zewnętrznego źródła bodźców tj.energii a jest tylko na własnym zasilaniu awaryjnym. Żródłem jest chęć do tańca - cząstek elementarnych, wydających z siebie pojedyncze/indywidualne dźwięki, mające za zadanie przyciągnąć do siebie odpowiedniego partnera, a odstraszyć niepożądane ,,związki taneczne,,. Zupełnie jak w życiu codziennym feromony....Jednych przyciągają a innych odstraszają.
Patrząc na przekrój poprzeczny np. Ziemi czy człowieka- wyraźnie widać podział na warstwy, przez które trzeba się przebić tj. zejść po schodach w dół, by dotrzeć do sedna tj.jądra. To samo jest z wpisem. Trzeba przebrnąć przez kolejne wersy, żeby dotrzeć do meritum. To wymaga czasu. Stąd wniosek nasuwa się też taki, że człowiek to taka wielopoziomowa dyskoteka. A tańcują w nim cząstki elementarne -charakterystyczne dla poszczególnych poziomów, i do tego na kazdym poziomie jest inny rytm i wydawany inny dźwięk przez pojedyncze składowe. Na samych dachu świata mamy oczywiście nasze ciało, zwane na potrzeby wpisu- garnkiem lub naczyniem.
A że w trakcie ewolucji środowiska zewnętrznego okazało się, że do naszego gara - wraz z rozwojem i wiekiem- otoczenie zewnętrzne dokłada coraz więcej ( niekoniecznie) interesujących bodźców a w tym i my sami, to okazały się być niezbędne bezpieczniki/zabezpieczenia. Na różnych poziomach naszej osobistej dyskoteki.
Imprezujemy więc całe życie....aż do upadłego, a nawet o tym nie wiemy . To jak dbamy o stan naszego naczynia i jego kondycję zdrowotną w dostępnym nam zakresie- warunkuje jego wytrzymałość wewnętrzną=cielesną (układu) organizmu.
A tymczasem z drugiej strony, tj z naszego kochanego świata zewnętrznego -w trakcie gotowania ( życia)- para idzie w gwizdek - jak w szybkowarze, czyli wolno się gotujemy pod dużym/małym ciśnieniem- to ci ze skokami ciśnienia, albo jesteśmy jak gar z perkoczacą pokrywką, albo w ogóle bez przykrywki.....Wtedy odparowujemy/przerabiamy życiowe sytuacje na bieżąco , tak że nie przywiera nam nic do spodu...i nie ,,wylewamy się,, z powodu nadmiaru dostarczonych bodźców.
Tymczasem każda impreza tutaj nasza osobista dyskoteka kiedyś też musi być zamknięta, bo poszczególni tancerze padli z wycieńczenia i tylko niedobitki z najniższego poziomu , tam gdzie nic nie dociera- trwają na stanowisku Jestem. A drgają tak szybko, że jest to niedostrzegalne, a pomiar jest niemożliwością. Mówię Wam...techno , na całego...Dobrze, że nic nie słychać .....za życia.
I chociaż para z personalnego gara może kojarzyć się z naszym ostatnim tchem/ oddechem , który jest pojazdem/ łodzią dla naszej historii powstałej podczas czasowego pobytu w naczyniu, to to co osiągnęliśmy i jacy jesteśmy tu i teraz- jest drogowskazem do większej Makro-wielopoziomowej dyskoteki , ale już innego rodzaju...
Gdzie będziemy tańczyć pośmiertnie? To zależy od nas......Być może w naukowej bibliotece, a może na zagranicznej placówce?
Wszak złożoność duchowa Wszechświata wygląda tak....i tylko to ucho igielne jest do przejścia....
I tak toczy się życie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz