Nie ma lekko. Gdyby nie kawa, a raczej zbierane z pietyzmem fusy, to nie wiem czy bym się zdecydowała na mycie głowy. Taka czuję się chwilami zmęczona, że tylko myśl o kawowym obdzieraniu ze skóry jest w stanie zmobilizować mnie do całościowej kąpieli. Bo codziennie to lecę tylko kawałkami. Tymi które aktualnie waniają najbardziej. A ponieważ więcej czasu jest gdy wstanę o 4-tej rano to wtedy już od świtu mam zmytą głowę . A jak jeszcze ,przez przypadek, ktoś- coś dołoży w ciągu dnia, to w ogóle - padam z nóg i do tego na twarz, zamiast na plecy, więc makijażu ,od dłuższego czasu, unikam jak ognia.
Chcąc uniknąć też ,,wiecznego leżakowania,, przed wyznaczonym mi odgórnie czasem, powinnam zabezpieczyć się we właściwy sposób. Oczywiście dostosowany do indywidualnych potrzeb: nie otwierać skrzynki pocztowej, nie odbierać telefonów, nie słuchać/czytać/ oglądać wiadomości , unikać wszelkich kontaktów międzyludzkich i , broń boże, nie robić żadnych ekscytująco-wykańczających rzeczy. I pomyśleć, że niektórzy mają już od urodzenia we krwi, tą dbałość/ niedbałość o siebie, a inni dopiero się tego uczą.
Ale wniosek nasuwa się niejeden: czasem dobrze jest być nieukiem lub wagarować na lekcjach życia, bo nic tak , w gruncie rzeczy , nie wkurza jak... przesyt/ niedosyt. I z jednym i z drugim trzeba coś zrobić. A jak się już wyleniło i wyliniało zawczasu, to zwykle zostawia się to co jest i pozostaje tylko jedno: machnąć na wszystko ręką....
Ale to też (z czasem) może być problem...