Czasy zrobiły się nieco depresyjne...a raczej zafundowano je nam "odgórnie". Nic nowego...
I wszystko byłoby do przyjęcia gdyby człowiek mógł wyżyć z cierpienia, czy innych niewidzialnych acz odczuwalnych emocji, uczuć i reszty impulsów elektrycznych krążących po ciele niczym robaczki świętojańskie a czasem jak mrówki. A tu nie ma przeproś - ciało woła papu, pić ( do czasu), a głowa domaga się jakichkolwiek doznań intelektualno-estetycznych na różnym poziomie. Na samych ideach/ uczuciach niestety daleko się nie zajedzie. Co najwyżej dociągnie się ciało do momentu utraty przytomności.
Wszystko gra zgodnie jak orkiestra w filharmonii gdy głowa( umysł= psyche) i ciało chcą tego samego tj. myślą o przetrwaniu i do tego w optymalnych dla siebie warunkach. Robi się kiepsko, gdy ciało woła : chcę żyć, a psyche : chcę zejść. A że wielkie rozbieżności i kłótnie kończą się przeważnie rozwodem, to nic dziwnego, że szeroko otwierają się drzwi osłabionego organizmu dla wszelkiego rodzaju intruzów chętnych na uszczknięcie coś dla siebie. No i mamy potem problem: całodobową degrengoladę ciała z krótkimi chwilami wytchnienia, dopóki nie nastąpi przesilenie. W te albo we w te.
I niby człowiek się już zdążył zżyć ze śmiercią przez te minione tysiąclecia , ale nadal ciężko jest się pogodzić gdy jakiś chory umysł ( jeden i drugi) chce za sobą do grobu pociągnąć wiele istnień. Nawet jeżeli miałoby to być mauzoleum to...... cóż prochom po prochowcu?