Czuję się jak wypluta. Teoretycznie powinnam teraz położyć się na podłodze, pooddychać z tym problemem-robiąc sobie sesję , ale okoliczności mi nie sprzyjają. Ptaszki zażywają kąpieli, świergolą, wrzeszczą i pokrzykują. więc mam ubaw z obserwacji przepychanek przy " basenie".
Parę minut wcześniej przeczytałam zaległe wpisy u Aisab, o sekcji zwłok kolejnych RP u Andrzeja ( Anzai), o nieudanych wspominkach ( Między Ziemią a Księżycem...), popatrzyłam na zadowolone ptasiory i pomyślałam, że wiem. Tak, nieskromnie dokonałam kolejnego odkrycia, na własny użytek, którym to użytkiem pragnę się podzielić. Już wiem dlaczego mamy to co mamy obecnie w skali państwa czy nawet ogólnoświatowej. Skąd taka a nie inna historia i dzieje...
Ponieważ nie od dziś wiadomo, że ryba psuje się od głowy...więc żeby zapobiec nieprzyjemnemu ciągowi dalszemu należałoby zawczasu oddzielić głowę od reszty tułowia tj. zanim łeb zacznie się psuć. Wniosek nasuwa się zatem taki:
- trzeba nam wybierać ryby żywe , a nie zdechłe podwędzane/ zakonserwowane w oleju/ marynacie czy innych sosach udające świeżość
- ryby powinny pochodzić z wolnego wybiegu i żyć w szczęśliwym otoczeniu, a nie dopiero szukać/ upatrywać tego szczęścia gdzieś tam na górze, poza swoim naturalnym wodnym środowiskiem ( no chyba że są to latające ryby , które wykształciły zdolność do ucieczki przed atakującymi je drapieżnikami)
No bo nie od dziś wiadomo, że szczęśliwa ryba - to szczęśliwe otoczenie będzie chciała sobie stworzyć, a nie pełzające, a zmarnowana życiowo i/lub nieapetycznie nadgryziona, to wiadomo do czego się nadaje...(do przetwórstwa i na przemiał), a nie do zarządzania. Ta zepsuta...to być może od razu powinna iść na nawóz, coby zasilić swoim rozkładem właściwą masę/ kompost/ czy inne pomniejsze organizmy. Ale wymądrzać się nie będę, bo do tej pory nie wiem ile tej mączki rybnej zjadłam i w czym i do czego mi ona była potrzebna...
Ale ciasteczek czy czipsów o smaku wędzonej makreli to nie uświadczysz...tak swoją drogą. A o smaku krewetek, cebulki czy sera żółtego i owszem...są.
Ale co tam kulinaria, przecież to o szczęśliwym państwie miał być post. O szczęśliwym w przyszłości, bo chwilowo to mam wrażenie, że nieszczęścia chodzą parami, potem łączą się w związki i z czasem przekazywane są w genach i dziedziczone. A szczęście tak w ogóle to dość często myli się z zepsuciem...
I tak sięgając początków naszej państwowości, czyli też tych tradycyjnie pierwszych ryb, to jak tak się temu wszystkiemu dobrze przyjrzeć, to nie wygląda to dobrze....księgi (u)rodzaju, ucieczki, wyjścia, potopy, Sodoma i Gomora,cierpienie, krzyże, rzucanie kamieniami i inne wojny, podatki - więc i przewidywany Armagedon zdaje się być nieunikniony.
Ale z drugiej strony mamy przesłanie i drogowskaz ze strony ryb: miłość jest tym czego potrzeba, żeby czuć się szczęśliwym...
Przecież kto lepiej może o tym wszystkim wiedzieć niż ta ryba, która się zepsuła, bo wie czego jej zabrakło do szczęścia?