I chociaż nie za bardzo juz pamiętam co robilam 1stycznia 2025r, to pomna wlasnego schematu funkcjonujacego w moim osobistym matrixie myslowym : ,, jaki pierwszy dzien- taki caly rok,, moge tylko przypuszczac iz na pewno zrobilam pranie.
Chcąc uniknąć ponadwymiarowosci w tym elemencie zycia, postanowilam ze ten rok bedzie nieco inny. Juz wczoraj zdalam sie na ,,przypadkowosc,, życia w kwestii zaplanowania czasu. Stary rok pozegnalam niespodziewanymi zakupami na Nowy Rok. Zaopatrzylam sie w dwie flaszki toniku, maslanke, mleko( z myślą o kawie z mlekiem), ser zolty ( daje mi poczucie bezpieczenstwa żywieniowego , gdy go mam) . Spacery z psem odbębniłam o zmienionej porze i rozpoczelam pożegnanie starego roku o 17.30, majac za soba złożone niezbedne zyczenia noworoczne.
Napisalam notke, posiedzialam po poludniu chwile na blogach, po to by ruszyć w tango...Oj....umordowal mnie ten rok psychicznie, mimo koncowego zbalansowania jesiennego, wiec postanowilam odstąpić od telewizyjnej tradycji i poszlam do ludzi.
Jak przystalo na standardy- wzielam szklaneczki napelnione napojem tylko w polowie wyskokowym i odbylam gadke -szmatkę, jak przystalo na zabawowe okolicznosci. Doszla do tego degustacja wisniowej nalewki- tez w szklaneczce, ale bardziej mikrej od mojej, ktora przypieczetowala splatanie jezyka w gebie, mimo trzeźwego umyslu.Przy dosc wczesnym pożegnaniu , ze wzgledu na życiowe okolicznosci, nie zdążyliśmy wymienić życzeń noworocznych. O godzinie 19-tej ululana cieplem i spokojem zza okna zapadlam w sen. Obudzilam sie jak na zawolanie- na kwadrans przed polnoca i siegnelam oczywiscie po maslanke, czekajaca na swoją kolej, jak co dzien/co noc.
Wiecej niz dwa łyki- nie dalam rady przełknąć i poszlam w odwiedziny do psa, ktory ma siedzibe w kuchni pod stolem. Nie wchodzilam na legowisko, tylko zawislam nad stolem, targana na krzesle przez maślanke, ktora próbowała zaprotestowac przed trzymaniem jej w środowisku zoladkowym razem z uwodniona mieszanka węgla z tlenem i grupą OH . Wreszcie wydostała sie na zewnatrz, razem z potami, ktore mnie oblaly, a ja poczułam niewypowiedziana ulgę. I z tym uczuciem weszlam w Nowy Rok. Ulga. Po pol godzinie -wychleptalam barszczyk czerwony- na chlodno- prosto z gara, reszte zostawiajac na poranne doladowanie. Przy okazji przypomnialam sobie iz w ferworze dnia ostatniego, zapomnialo mi sie o jedzeniu i od poludnia bylam o suchym pysku, wiec nic dziwnego, że maślanka zdecydowala sie na odwrót.
Po godzinnej kanonadzie, którą czesciowo spedzilam w lazience z psem, w pokoju z ptakami, zaleglam ponownie w łożu, coby w kolejny rok wejść wyspana na maksa. Pierwsze co zrobilam, po przebudzeniu- bylo wejscie pod prysznic i zmycie glowy. Podwojne:
-mycie włosów- po pierwsze,
-nawalanka slowna, że dalam sie wrobic mojemu ego- w to doswiadczenie.
I chciaz barszczyk i kanapki z jajkiem i serem żółtym-weszly mi bezproblemowo, a samopoczucie jest na wlasciwym poziomie, to doswiadczenie zapamietam z pewnoscia na kolejne lata i wyciagne wniosek, bo to jest odpowiedź na pytanie: ,,a na co mi to bylo?,,
Teraz po szklance toniku z cytryną, pełna optymizmu i z odświeżonym po latach doswiadczeniem, moge na spokojnie , zamknięta we wlasnych ramach dokonać spowiedzi starorocznej...
I życzyć wszystkim, by popelniali błędy tylko w celu przyponienia sobie, czego nie należy czynic sobie i bliźnim...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz