31 maja 2021

Takie tam o śmierci i grawitacji.

 Trudnych tematów  jak np.o śmierci zwykle nie porusza się w codziennych rozmowach. Unika się jak ognia myśli, że człowiek może nagle odejść. Czujemy się zdrowi, nic nam nie dolega, a przecież tylko w pewnym stopniu mamy wpływ na nasze życie. Okres Zaduszek , kiedy jest możliwość rodzinnego spotkania jest dość dobrym momentem na poczynienie pewnych ustaleń. Taka rozmowa zdaje się być wtedy czymś naturalnym .

Pandemia też powinna nam dać do myślenia, że nie jesteśmy niezniszczalni. I chociaż codzienność zdaje się być pięknie sezonowa w naturze i bajecznie kolorowa na ekranie monitora, indywidualny zegar  odmierza  każdemu inny czas. I czasem trudno się z tym pogodzić. Być może dlatego, że nasza codzienna uwaga skupiona jest głównie na życiu, a tylko okazjonalnie na śmierci? A towarzyszący jej zwykle patos*zwykle  nie pozwala na lżejsze potraktowanie tematu, co często jest potrzebne, chociażby po to by się/ lub kogoś z nieuchronnym oswoić. I łatwiej przejść cały proces?

Póki co, dobrze jest mieć kilka powodów by żyć. Przecież coś nas jeszcze musi trzymać na tym padole łez  obok nieodłącznej grawitacji. :)

* https://sjp.pwn.pl/slowniki/patos.html



29 maja 2021

Od sensu życia do komunistycznych Zaduszek.

 Chciałam napisać, że ponownie gryzie mnie  temat sensu życia, ale... ugryzłam się w język. Bo przecież ile ludzi tyle sensów lub bezsensów - ( odjąć) tych, którzy żyją siłą rozpędu i nie zastanawiają się nad tym w ogóle. Może to dobre, a może złe jest? Być może wszystko zależy od tego w jakim stopniu szkodzą innym, w jakim stopniu pomagają, lub są neutralni dla środowiska, w którym się obracają.

Ale z powodu zbliżających się powoli... Zaduszek, zastanawia mnie ostatnio grobowa tradycja. Nie cisza. Ostatnio tj. od czasu wpisu Stokrotki (https://stokrotkastories.blogspot.com/2021/05/lekcja-polskiej-historii.html).  Za każdym pochówkiem kryje się człowiek i jego historia życia. Relacje z bliskimi, mniej lub bardziej burzliwe losy i to, co po człowieku zostaje w pamięci otoczenia. Na dłużej lub na chwilę.

I tu mam dylemat związany z tym, jak bym chciała być zapamiętana przez innych? Bo tak między nami mówiąc, to nie chciałabym być dla najbliższych przyczyną  łez, a raczej powodem do... radości. :) A z drugiej strony jak to zrobić by nie zaleźć im za bardzo za skórę? Bo idąc tym tokiem rozumowania, wygląda na to, że jest grupa osób, która  robi wszystko i stara się jak może, by po ich śmierci ( czy opuszczeniu aktualnego miejsca pobytu), otoczenie odetchnęło z ulgą (mało powiedziane), a nawet poczuło się podwójnie szczęśliwe. A w myśli: "luz blues i nareszcie koniec kłopotów ". 

Przeważnie trudno się  połapać, patrząc na wystawione na cmentarzu pomniki, czy jest to widoczny znak radości rodziny z powodu zejścia , czy wyraz szacunku. W każdym razie, doszłam do odkrywczego wniosku, że Śmierć to odwieczny komuch. Daje wszystkim po równo....Jedno i to samo. I do tego jest nieprzekupna.


24 maja 2021

Takie tam przejęzyczenie...

 Jak się okazało, nikt nie sprostował użytego w poprzednim wpisie powiedzenia, bo dokładnie to - nie <harmonia> a "symetria- jest estetyką głupców" ( jak twierdzą niektórzy). W każdym razie nie zmienia to nic w kontekście poprzedniego wpisu.

I tutaj wypada pokajać się za popełnione przejęzyczenie, więc się kajam. Na szczęście to nie moje powiedzenie, więc sobie od razu.... wybaczam :)


23 maja 2021

Estetyka drzewa genealogicznego czyli o pochodzeniu człowieka.

 " Mówią Wieki" - to takie czasopismo historyczne. I chciałam odnieść się do tych wieków, które mówią, a nie do samego czasopisma. A raczej do genealogii...

Co mówią wieki, czyli nikt personalnie ? A gadają, a może nawet szumią, że  Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo... Człowiek stworzył świat w jakim żyjemy i oczywiście też na swoje podobieństwo, bo przecież nie mógł inaczej. Bo nie miał innego wzorca prócz siebie i Ojca. Wniosek nasuwa się prosty: Świat jest wnukiem Boga. 

A że jak to ludzie gadają...jaki ojciec taki syn....więc i wnuk jest równie niedoskonały. I tu nasuwają mi się słowa piosenki R.Rynkowskiego ( Wypijmy za błędy):  czego może chcieć od życia ( taki gość jak ja)? 

A tak w ogóle, właśnie, to czego więcej można chcieć od życia, skoro jak twierdzą niektórzy architekci:"harmonia jest estetyką głupców?"*

Tyle, że bez tej harmonii wyliczeń, najprawdopodobniej nawet byśmy nie zeszli z drzewa ( ukłon w stronę Darwina), o wyściubieniu nosa z jaskini nie wspominając (ukłon w stronę Platona), a o podziale komórkowym to już w ogóle nie byłoby co marzyć . I wtedy wszelkie dylematy typu :co było pierwsze -jajko czy kura-, w ogóle nie miałby racji bytu.

I tak się teraz zastanawiam, jak to z tym pochodzeniem człowieka jest. To boskie czy diabelskie nasienie? 

* symetria jest estetyką głupców-poprawione :)


22 maja 2021

Od sokoła do gołębia czyli o konieczności spowiedzi.

 Miałam ambitne plany, żeby pomyśleć nad stwierdzeniem że "człowiek jest sumą zaprzeczeń", ale....zmartwiła mnie wczorajsza wiadomość, o prawdopodobnym otruciu sokoła odchowującego młode ( wieża w Lublinie). Tak podały media. Oczywiście wspomniano również o prawdopodobieństwie, że jakiś gołębiarz przyłożył do tego rękę.

Niestety, są ludzie i ludziska. Ci, którzy traktują coś/kogoś jak własną własność i bez zrozumienia praw rządzących Naturą- rzeczywiście mogli przyłożyć do tego rękę. To ludzie których można określić, jako tych którzy "nie widzą siebie" w znaczeniu, że nie mają ze sobą kontaktu (ze swoją Naturą). Brak jest w nich łączności ze swoim wyższym Ja, dlatego wszelkie działania oparte są na wklepanych/przyswojonych schematach i silnym egocentryzmie.

Dziwi mnie, a raczej NIE dziwi , przenoszenie* - w różnych sytuacjach- nienawiści na bogu ducha winne gołębie. Ale patrząc od strony psychologicznej , jest to zjawisko dość powszechnie występujące. Tyle że obiekt jest przeważnie człowiekiem. Ale wracając do gołębi... 

Nie robią nic innego niż pozostałe ptaki czy cały świat zwierzęcy, łącznie z człowiekiem. Kochają się, porozumiewają między sobą, poszukują jedzenia, budują gniazda, odchowują potomstwo lub nie i.... srają. A niektórzy ludzie zachowują się jakby byli czymś wyjątkowym i odizolowanym od Natury.  No bo rzeczywiście są, o czym świadczy przykład z sokołem.

Tymczasem- ludzie są jak ptaki-potrafią z wdziękiem nasrać komuś na głowę, ale nazywamy to bardziej wykwintnie: obrobić doopę, plotkami  czy uśmiechniętą od ucha do ucha dokuczliwością dnia codziennego. Tak na dzień dobry i dla sportu. A raczej dla własnej ulgi i ku radości - jak to komuś dokopaliśmy.

I znowu powróciła mi myśl, o sumie zaprzeczeń...Być może łatwiej jest zdefiniować/opisać człowieka przez zaprzeczenie( ?) zwłaszcza wtedy gdy wymagane są od nas konkretne odpowiedzi. Na tak lub nie i bez "ale".... A odpowiedź "nie wiem" świadczyć może z jednej strony o braku znajomości siebie, a z drugiej o nieprzywiązywaniu wagi do czegoś lub obojętności na coś.

Tak więc:

- nie lubię.....

- nie robię.....

- nie przywiązuję wagi do....

 - nie myślę o.....

- nie toleruję .....

W odróżnieniu od tego, można byłoby napisać : lubię, robię, przywiązuję wagę do, myślę o..., toleruję....i przyznać się co jakiś czas do... NIE WIEM, bo przecież nie każdy musi być bogiem :)

Wielu rzeczy nie wiem i nie chcę wiedzieć. Wystarczy, że wiem to co aktualnie jest mi potrzebne do życia, tzw.wiedza praktyczna i to co mnie porusza.  I w związku z tym, wiem na pewno że..... lubię wszelkie ptactwo i wodę. I w ogóle przyrodę. A z reszty..... 

NIE MUSZĘ się spowiadać :)


* przeniesienie ( psychol.) - mój skrót myślowy- przeżywanie treści wcześniej wypartych ( trauma) poprzez przeniesienie ich na innego człowieka, który je ( świadomie- terapeuta, bądź nieświadomie ) pobudził. 

lub szerzej: https://pl.wikipedia.org/wiki/Przeniesienie_(psychologia)

21 maja 2021

Takie tam rozwinięcie tożsamości...

 W nawiązaniu do komentarza z poprzedniego wpisu, warto przyjrzeć się tematowi tożsamości. Oczywiście korzystam z Wikipedii*. Tożsamość w rozumieniu psychologii, ma się tak:

Tożsamość – wizja własnej osoby, jaką człowiek ma: właściwości wyglądu, psychiki i zachowania się z punktu widzenia ich odrębności i niepowtarzalności u innych ludzi.

Tu dodałabym jeszcze element przeciwstawny , a mianowicie, że tożsamość , to jest to też wizja innych na nasz temat czyli na innego człowieka. W dużym stopniu może być to obraz zafałszowany przez naszą własną tożsamość, czyli sumę: doświadczeń życiowych+otoczenia w jakim się obracamy+wpływów autorytetów(lub ich brak) + wyznawanych wartości

Osobiście bardziej pasuje mi przyglądanie się tożsamości pod takim kątem jak poniżej , bo przecież istniejemy w określonej rzeczywistości i w relacjach z innymi:

 Tożsamość obiektu (ang. identity) – pojęcie umożliwiające odróżnienie od siebie dwóch obiektów; umożliwienie innym zdefiniowanie i zidentyfikowanie obiektu, przez pewne, określające go, cechy [1]. Także okazywanie innym jednostkom i samemu sobie identyfikacji (utożsamiania się) z pewnymi elementami rzeczywistości społecznej.

Każdy obiekt charakteryzuje się tożsamością............... W trakcie cyklu życia obiektu tożsamość nie ulega zmianie.Tożsamość obiektu można określać posiłkując się jego identyfikatorem (na przykład OID), adresem. Tożsamość obiektu istnieje jednak nawet wówczas, gdy nie określono żadnego identyfikatora. 

 

 *https://pl.wikipedia.org/wiki/To%C5%BCsamo%C5%9B%C4%87)  znalazłam taki podział (pominęłam matematykę i logikę):

Socjologia i psychologia

20 maja 2021

Jestem na nie czyli kim naprawdę jestem ?

 Nadszedł wreszcie czas na pokajanie się i bicie w klatę: "moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!" czyli  o podwójnych standardach słów kilka. Ale ponieważ i z powodu, że to temat rzeka, więc zatrzymam się na chwilę na  brzegu w zatoce "Ekologia"  i porównam z przystankiem "Zdrowie". 

Za przykład  wezmę swoją beztroskę klimatyczno-planetarną (wyrażoną w komentarzu.) . Ogólnie rzecz biorąc, jestem na NIE:

1. Nie martwię się o przyszłość, bo na cholerę mi zamartwianie się czymś na co mam niewielki wpływ?

2. Nie rzucam się z motyką na słońce , bo mogę się poparzyć (towarzyskie akcje uliczne i campingi w środowisku naturalnym). 

3..Nie udaję ekologa, bo nim nie jestem z powołania. Taki ze mnie kręt.

4. Nie śmiecę na ulicy, tylko w domu podczas segregowania śmieci.

5. Nie przemieszczam się samochodem, bo mam możliwość cieszyć się spacerem.

6. Nie oszczędzam wody, by zaoszczędzić pieniądze, tylko ograniczam spożycie/ zużycie / w miarę rozsądku. Oznacza to, że nie stosuję podwójnych standardów: w domu kąpiel w szklance wody co tydzień ( wersja optymistyczna), a poza domem kąpiel w morzu hektolitrów. 

I mimo że ma to logiczne uzasadnienie z powodu  odzieżowego naskórka domagającego się zapachem ściągnięcia sezonowego kożucha, to przecież zawsze można się wstępnie poczochrać drapakiem dla domowego pupila tudzież o korę drzewa lub skorzystać z deszczówki ( wersja dla wytrwałych i cierpliwych...wybitnie).

7. Nie mam stale podłączonego sprzętu, tylko korzystam z przycisku w listwie zasilającej, bo przeszkadza mi czerwona lampka wysyłająca ostrzeżenie, że wszystko się kiedyś skończy...jak udawany orgazm w przybytku uciech.

8. Nie palę, nie piję, nie używam, więc i mniej zużywam energii...własnej i innych, bo nie jestem upierdliwa z braku możliwości i okazji do dogodzenia sobie.

Tymczasem na przystanku Zdrowie wymądrzają się liczni klienci przychodni zdrowia, rozmaitej maści, którzy ani myślą o zmianie trybu życia i diety na... zdrowie. Garściami faszerują się lekami i suplementami diety, w nadziei na wyższą rentę i że otoczenie zrobi coś za nich. Bo przecież tak bardzo chorują...Oczywiście na własne życzenie i z własnego wyboru, bo po co zmieniać tradycyjne przyzwyczajenia? Przecież życie bez wysiłku i wkładu własnego - to dla niektórych mile akceptowalny standard. Podwójny. I budzą się w czasie demencji starczej , z okrzykiem na ustach, że muszą do dentysty i protetyka, bo nie mają czym jeść i wstyd im jest uśmiechnąć się do.... odbicia w lustrze. Ale balować kiedyś mieli czas i siłę, i pieniądze...

O innych cywilizacyjnych standardach chwilowo nie będę pisać, bo upierdliwa nie jestem. ( tu  połechtałam się czule po skarpecie). I wolę  ograniczyć kontakty...do niezbędnego pojedynczego minimum  zamiast użerać się z dylematem: kim jestem tak naprawdę?

19 maja 2021

Od chomikowania do historii naturalnej.

 Zastanawia mnie, taki odwieczny zwyczaj zakopywania/chowania różnych rzeczy w Ziemi ( umownie). Chomikowanie.Kiedyś wykorzystywano do tego ściany skalne, jaskinie czy dziuple w drzewach, o tradycyjnych przydomowych skrytkach nie zapominając. Tak gdzieś w pobliżu domostwa ,żeby można było mieć oko na poczynione zapasy.

 Pomijam fakt ukrywania historycznej kontrabandy czy majątku, przed bliskimi*ale też po prostu różnych pamiątek z czasów komuś współczesnych. Dla potomności. Bo przecież nie jest to cecha teraźniejszości, że chcemy pozostawić reliktom drzewa genealogicznego i  tym którzy przylecą z kosmosu, wiedzę o obecnej cywilizacji.Taką esencjonalną i w kapsułce na różnych elektronicznych nośnikach.  Tak się posunęliśmy w rozwoju...

I kto wie, może tylko to  różni nas od zwierząt i świata roślinnego. Ta chęć pozostawienia czegoś po sobie, prócz potomstwa , która  to chęć jest motorem podejmowanych  działań.

Nie będę ukrywać, że o powyższym odkryciu ( o tej różnicy międzygatunkowej) poinformowały mnie  ptaszki. Tak więc  radzę pogadać ze swoimi pupilami, tj.zwierzakami i roślinkami i wsłuchać się w odgłosy przyrody i żywiołów. Bo te, to faktycznie mają wiedzę. Naturalną i nie zafałszowaną jak w wielu podręcznikach :). To takie nasze wspólne dobro ponadmaterialne. 

Rozmowy z Naturą zaczęłam dość standardowo- od psa. Po drodze było słuchanie trawy, przytulanie się do drzew, chodzenie na bosaka, pływanie itp. przyjemności. Z białą myszką typu doświadczalnego nie mogłam się dogadać, ale z chomikiem - już w wieku dojrzałym i owszem. Wyraźnie mi pokazał, że jestem zakręcona i chodzę w kółko. Potem była  świnka morska, która wyciągnęła mnie z depresji i królik. No i te ciągłe rozmowy z lasem. Potem drzewostan się na mnie wypiął i przegonił na cztery wiatry. Widocznie zmieniłam się na gorsze. Po czasie wróciłam. Już na zupełnie innym poziomie i znów mogłam na niego liczyć.

W końcu, po okresie wyciszenia trafiłam na gołębia. Ten wprowadził mnie w życie ptaszków. No i stało się. Wróciłam w ten sposób do dzieciństwa. To ta płyta ... ciągle odtwarzana w domu "W ptasim gaju"  wryła mi się na całe życie. Tak życie zatoczyło koło, o którym gadał chomik wsuwając z talerza zupę pomidorową . Wreszcie dotarłam na swój właściwy poziom. Nabyłam papużkę. Ta to ma gadane....O innym ptaszku, który do mnie ćwierkał w ubiegłym roku nie wspominając (wspomnę :))



I wszystko byłoby całkiem proste, gdyby nie fakt, że:

1. trzeba być na odpowiednim poziomie, by  zrozumieć Naturę

2. chcieć znaleźć wspólny język

3.  i , tak jak wśród ludzi, trafić na egzemplarz, który zechce podzielić się wiedzą

Bo przecież coś nam powinny mówić/ wskazywać .... takie zdania jak: weterynarz z sercem, o czym szumią wierzby, co piszczy w trawie, gradobicie, o chomikowaniu itp. wyrazy bliskoznaczne i inne słowno-zdaniowe przyrodnicze wariacje .

Archeologia jak widać ma swoje różne wymiary....To nie tylko badanie materii, ale i dóbr ponadmaterialnych. Taka to historia. Naturalna.

* tu w znaczeniu: przed rodziną, sąsiadami,wrogami itp. otoczeniem

18 maja 2021

Przyszłościowa wizja tucznika w mrówkowcu.

 Patrzę, patrzę i oczom...wierzę. I widzę jak świat staje się globalną wioską . 

Rozwój cywilizacji połączył oddzielone dawniej kontynenty i ludzi na nich mieszkających. Elektronika i informatyka, stworzyły sieć pozwalającą na zajrzenie w dowolny kąt z niebios. Ciężko jest mi zatem uwierzyć, że świat nie dąży do globalizacji i zacieśnienia więzów. Bo to już jest.

Podziały społeczne wytworzone przez wieki również ewoluują, chociaż pozostają niezmienne dwa bieguny: bogaci-biedni i masa...pośrednia.

O ile nie zniszczymy planety na której mieszkamy, w dalszej perspektywie czeka nas całkowita automatyzacja, wszechobecna kontrola i kto wie...może wreszcie ukochane leżenie do góry brzuchem . W miłej jednoosobowej komórce zwanej mieszkaniem, w której podłączonymi rurkami typu  "wodociągi miejskie" będzie płynąć życiodajny płyn. Jeden dla wszystkich. Ten sam smak, zapach i skutki uboczne, z góry przewidziane-też jednakowe dla wszystkich. Gówniane.

Grupa decyzyjna -z innej planety, typu Mars, będzie sterować  odżywczą "kroplówką" płynącą do ludzkich kopców ( mrówkowców) podtrzymując życie, do czasu dopóki nie staniemy się pełnowartościowym nawozem mającym za zadanie odżywić Ziemię zdewastowaną przez nieodpowiedzialną ludzkość w tzw. przeszłości, w tym i obecnie.

Podział ludzi na brojlery, nioski i koguty będzie jedynym słusznym i mającym rację bytu podziałem społecznym i politycznym. Jakość pożywienia będzie oczywiście dostosowana do posiadanego statusu. Może nawet byłaby wtedy szansa na zwykłą owsiankę na mleku zamiast brei chemikaliów mających tworzyć ludzką masę. Ta z kolei, w procesie rozkładu, będzie neutralizować wcześniejsze zanieczyszczenia i tworzyć powietrze w odpowiedniej proporcji. I nie dla dokarmianych tuczników w mrowisku, ale po to by zachować resztki środowiska naturalnego dla następnych marsjańskich pokoleń, które przylecą na Ziemię, gdy będzie ponownie gotowa na zasiedlenie. Być może nawet już za milion lat . I wtedy jest szansa, że już będą wiedzieć jak tu żyć. I będzie to życie na wysokim poziomie...cywilizacyjnym. Bo będą po naszych doświadczeniach ...o ile nie zapomną. I może dlatego ważna jest tradycja. Ale całkiem inna. Nie ta narodowa, ale naturalna-środowiskowa, planetarna (globalizm).

A może  zaginiona Atlantyda* to wcześniejsza Ziemia, pod panowaniem naszych przodków sprzed wielu tysięcy lat? I pojawiliśmy się tu znowu, po regeneracji środowiska, które wcześniej zdewastowaliśmy? Kto wie?

Na szczęście jest spore prawdopodobieństwo, że nie dożyję czasów ogólnego dokarmiania z wodociągów miejskich, bo i perspektywa mieszkania na Marsie czy Wenus też mnie nie nęci. :)

 *https://pl.wikipedia.org/wiki/Atlantyda


17 maja 2021

O horrorze historyczno-psychologicznym.

 Nie powiem, wysłuchałam częściowo info o nowym ładzie. I nie wiem czy się przesłyszałam, czy miałam omamy. W każdym razie zdębiałam, a nawet gorzej.Włosy mi stanęły dęba na samą myśl o ewentualnym zwiększeniu liczby godzin historii w szkole. A to z powodu dość prozaicznego. 

Historia jako przedmiot należy do tych, które należy opanować pamięciowo. Zwiastować to może tylko polepszenie... na gorsze. Chyba, że celem jest zniechęcenie do tegoż przedmiotu niezdecydowanych np. w wyborze przyszłego zawodu, to bardzo proszę. Historyków przecież jak psów, więc trzeba coś zrobić by zagwarantować im miejsca pracy - przyszłościowo nie będzie chętnych, bo kochana historia będzie wszystkim wychodzić bokiem, w tym wszelkim nieudacznikom życiowym , którzy nie pracują w swoim ulubionym zawodzie. 

Ale ponieważ od dawna nie mam styczności ze szkołą , więc mogę się mylić. Być może w międzyczasie uczniowie posiedli parapsychiczne zdolności , a ja nic o tym nie wiem? A może metody nauczania historii są tak nowoczesne, że wiedza sama wchodzi  do głowy, bez przerywania snu? A może nagle zapałali miłością do wkuwania zbędnych informacji, bo mogą wygrać w teleturniejach pieniądze na zapchanie przyszłych braków w budżecie  lub wylansować się na nartach w Alpach Szwajcarskich? Czort wie. W każdym razie, będąc zdechlakiem historycznym- wyrażam sprzeciw! 

A w zamian proponuję podać na tacy, wspomnianą w poprzednim poście, wiedzę o człowieku i relacjach międzyludzkich . Uczyć asertywności poprzez odgrywanie ról w scenkach, uczyć rozpoznawać osobowości psychopatyczne, itp. zaburzone zachowania związane z mobbingiem czy stalkingiem. I pokazywać jak sobie radzić w różnych nieprzyjemnych sytuacjach ( oczywiście wiedzę dostosować do wieku). Skoro już szkoła ma wychowywać, bo rodzice są zajęci zarabianiem pieniędzy, to niech to robi w pełni profesjonalnie. I niech to nie będzie jeden pedagog grzejący fotel w wydzielonym pomieszczeniu, ale chmara psychologów...przecież można dodać osobny przedmiot, zamiast tych nadliczbowych godzin historii. Niech wszyscy coś mają...... z życia!

I wszystko byłoby dobrze, z tą moją propozycją, gdyby nie taki mały feler... Skoro uczniowie posiedli by  wiedzę jak sobie radzić z problemami, to kto będzie chodził  do tych wszystkich poradni psychologiczno-pedagogicznych czy innych psychiatrów? I co by było gdyby przyszłe społeczeństwo stało się zdrowe psychicznie?

Przecież to byłby horror!

Ps. Ale co ja tam wiem, przecież to tylko koszmar senny, z którego już dawno się obudziłam :)