17 lipca 2021

Z życia wzięta cz.3. Problemy z inspiracją.

 To straszne... czekam na to drgnienie emocji, coby ruszyć z kolejnym tematem jak koń pod górę, a tu nic. Powodzie w Europie mnie nie ruszyły, o tyle o ile.Bo przecież lubię wodę, więc mam ją wreszcie zgoła na wyciągnięcie ręki i do tego bez zagrożenia, że mnie zaleje. 

Dziś wyjątkowo, od samego rana czyhałam na temat, który  pozwoli zabłysnąć na firmamencie blogosfery, a tu nic. Kolejne prognozy pogody pana Kreta na Polsacie przeszły bez echa, potem szybkie porównanie czy w TVN patrzą równie meteorologicznie . A tu co? Aaa zakwitły ziemniaki . I do tego w Lęborku. Reklamuje je znany pogodynek-geograf z wykształcenia ( o ile dobrze pamiętam). Obok niego rozłożone skrzyneczki pełne smacznych bulw, a za plecami towarzystwo trzymające "kubełki" z frytkami od nietuska Donalda. Zabrakło mi w tym całym ujęciu przedprognozowym oficjalnego komunikatu  ze strony "pyszne .pl" . 

Oblizałam się na myśl o ziemniaczkach z mizerią i zsiadłym mlekiem, popatrzyłam z bólem na ogórka chłodzącego się w lodówce i z niesmakiem wyciągnęłam wczorajszy rosół. Nie, pomidorowej z niego nie będzie. Przecież dwa dni pod rząd to samo, to nie monotonia. To doszukiwanie się nowego smaku po dobowym  leżakowaniu (zwykle w lodówce), zwane przegryzaniem..Na szczęście dzień dzisiaj chłodniejszy, więc i rosół nie będzie wymagał by się do niego rozebrać. Na szczęście zdjęcia z tego nie będzie, a co najwyżej mogę pokusić się o zrobienie fotki składanego leżaka/fotela , nazwanego przeze mnie"bujaj się sam".  Na szczęście leżakowanie poza lodówką nie powinno mi zaszkodzić. No i tak przy okazji jest duża szansa, że też się przegryzę...



14 lipca 2021

Z życia wzięta cz.2. Problemy ze szczepionką.

 Od jakiegoś czasu mamy nowych przodowników w Europie. Ba, nawet liderów. Liderów którzy przodują w akcji dzielenia ludzi na :

a. zaszczepionych dobrowolnie

b. zaszczepionych przymusowo

c. zaszczepionych warunkowo

d. z doraźnymi testami na potrzebę chwili

e. niezaszczepionych z różnych powodów

Przoduje niewątpliwie Malta, a ostatnio dołączyła też Francja i Grecja, np.wprowadzając obowiązkowe szczepienia dla pracowników domów opieki i służby zdrowia. O sąsiadach bezpośrednich nie będę się wypowiadać. Francja poszła nieco dalej, bo niezaszczepieni nie będą mogli korzystać z gastronomii, klubów, itp. rozrywek kinowo- kulturalnych dla zarabiających ponadprzeciętnie. Brakuje mi jeszcze zakazu korzystania z publicznych środków transportu oraz kabrioletów typu riksza, dorożka czy hulajnoga miejska. 

Ale to tylko przygrywka . Tym razem dzisiejsza poranna rozmowa w TVN 24 ze znanym lekarzem doktorem G. dolała weny do wpisu. Jak podają odgórne statystyki, mamy ponad albo ok.30 % wyszczepionego społeczeństwa. Nic dziwnego, bo właśnie tyle osób  potrzebuje wyjeżdźać za granicę w celach wypoczynkowo-rozrywkowych tudzież pracowniczych plus członkowie ich rodzin (dalsi i bliżsi krewni), oraz ci którzy z powodu owsików w doopie, muszą być w ciągłym ruchu. Nie, nie z powodu prowadzenia zdrowo-aktywnego stylu życia, ale z powodu stałej potrzeby brylowania w jakimś towarzystwie.

I ci właśnie obowiązkowi nad wyraz  zaszczepieni obywatele są potencjalnymi nosicielami, którzy przywloką  wirusa wraz ze swoim obywatelsko wypoczętym  rozluźnieniem, po powrocie z wakacyjnych hulanek. Bo przecież nie ci co siedzą zamknięci w czterech sklepowych ścianach czy na działkach, tudzież pracujący na wielkopowierzchniowym poletku lub w przydomowych ogródkach pod szkłem. 

Statystyka wyszczepialności pokazuje również, że za chwilę będzie się mówić, że 1/3 społeczeństwa to tzw. lepszy sort, a 2/3 to tzw. gorszy sort. 

Wprowadzenie obowiązkowych szczepień z pewnością nie wpłynie na ilość osób korzystających z ziemskich uciech, bo jest to uzależnione od budżetu jakim się dysponuje. Konieczność bycia zaszczepionym  może być tylko przeszkodą do wydania pieniędzy na wybraną formę wypoczynku lub zachętą do wybrania innych rozwiązań, które niekoniecznie będą zgodne z prawdą i prawem. Przecież Polak potrafi...

Mijanie się z prawem i prawdą jest dla przecież wielu sposobem na życie, tak samo zresztą jak korzystanie z praw, o których wiedzą tylko nieliczni. 

Czy grozi nam kolejna fala pandemii? Jest całkiem prawdopodobne. Kogo może objąć? Prognozuję, że może objąć  zaszczepionych i tych niezaszczepionych,  z którymi będą się stykać nosiciele po wakacyjno-rozrywkowo-pracujących dniach. 

Szczepić się  czy nie szczepić? 

Lepiej nie podejmować za kogoś decyzji odgórnie....


13 lipca 2021

Z życia wzięta cz.1. Problemy z liczeniem.

Właśnie obejrzałam rozmowę w Polsat News. Narodził się  nowy-stary spór. Spór o niedziele handlowe. Więc nie tyle z życia wzięte, ale z Polsatu.  Plusy i minusy wprowadzenia handlowych niedziel: 

1. wrócą rodzinne wyprawy do hipermarketów zamiast wydeptywania ścieżek i płoszenia zwierzyny w lesie, na traktach i duktach górskich oraz podczas przebierania nogami w parku na ławce i na działce

2. zamiana worów na ziemniaki (na zakupy łikendowe  dla rodziny) na podręczne worki na buty, mniejsze gabarytowo

3. dostaniemy świeższe produkty prosto z niedzielnej półki sklepowej, a nie z piątkowej czy sobotniej

4. skleroza podczas codziennych zakupów nie będzie boleć, bo będzie nie tylko " ta ostatnia niedziela"- jak w piosence

5. pracownicy przeniosą  niedzielne rosoły i poobiednie nasiadówki na soboty, w ramach akcji " niedzielny odpoczynek poza domem"

6. sklepiki osiedlowe i tak mają swoich stałych klientów, których nogi  nie poniosą dalej niż widzą czy sięga rozsypana sól w zimie

7. znowu będzie szansa na spotkanie dawno niewidzianych znajomych na neutralnym gruncie i z możliwością zachowania właściwego dystansu

8. dobrze jest mieć wolne w czasie tygodnia, gdy inni zasuwają do pracy i można wreszcie udeptać kapcie w sposób wskazujący na skrzywienie... zawodowe

A tak poza tym:

- wzrośnie liczba godzin nadliczbowych do podziału ( dla stałej ekipy pracowników) lub zatrudni się wszystkich urodzonych w niedzielę do pracy właśnie w niedzielę i święta. Tak wyjątkowo...z okazji szczęśliwego przyjścia na świat w dniu  św. odpoczynku.

Pewnie jeszcze sporo by się znalazło za i przeciw...zwłaszcza w obliczu nierozwiązanego odgórnie problemu: który dzień tygodnia jest tak naprawdę  tym siódmym, w którym powinno się odpoczywać?  Bo jak zacznę liczyć od wtorku to wychodzi mi , że poniedziałek...

07 lipca 2021

O różnej formie upustu emocji(?)

 To w sumie tylko takie ps. do poprzedniego wpisu. Chodzi o pracę zmianową. Różnie jest ona w różnych miejscach ustawiona. W przypadku gdy pracuje się stale na jednej zmianie- nie ma problemu, bo rytm dobowy organizmu jest ustalony. Jest możliwość poczynienia pewnych ustaleń w domu ( rodzinie), co do podziału obowiązków i czasu na przyjemności, itd. 

Czasem jednak grafik bywa taki, że pracownik pracuje na 3 różne zmiany w jednym tygodniu. I do tego w każdym tygodniu  grafik jest ustawiony inaczej. A nawet jeżeli by się powtarzał, to i tak nie zmienia to faktu, że taki system pracy jest najbardziej wyczerpujący i wymaga więcej czasu na odpoczynek. 

Po dłuższym okresie pracy, oczywiście , do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale dlaczego do złego? Czasem mam wrażenie, że ludzie ludziom lubią utrudniać życie, a zwłaszcza jeżeli ich to nie dotyczy. 

Zwykle pod pojęciem innowacji rozumie się coś lepszego, jakieś udogodnienie, ale po co zmieniać coś co jest dobre i zgodne z naturalnymi potrzebami.organizmu? Oczywiście z potrzeby....a źródełem takiej chorej potrzeby bywa przeważnie jakaś "góra".

Potrzeba wykazania się na zajmowanym stanowisku, pomniejszych przełożonych, żeby było widać, że się działa i coś robi jest ok. Sama potrzeba. Tyle, że niektóre wprowadzone zmiany często psują to co było dobre i sprawdzone w działaniu, bo nie zasięgnęliśmy opinii na dole. Nie chciało się zejść z chmur na ziemię i popytać- zrobić rozeznanie wśród pracowników niższego szczebla. Bo przecież mogli by nas posądzić o brak kompetencji czy niewiedzę...

Więc kontynuuje się jakąś własną lub cudzą głupotę w imię jakiś wziętych z kosmosu zasad i traci szacunek.  A ludzie poniżej tracą zdrowie, bo zwykle zależy im na wykonywanej pracy. A że przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, więc wszyscy tkwią w ....tym w czym tkwią.

Generalnie, jeżeli pracuje się na zmiany, to system wg. mnie powinien wyglądać tak np.  co 2 tyg. na innej zmianie lub stała jedna zmiana 1, 2 lub 3. I znikają problemy z grafikiem.

*

Teraz przyjrzę się  hierarchii- np.góra wprowadza pewne zmiany...odgórnie  ;-)  za pomocą prawa, firmy/ pracodawca podporządkowują się tym przepisom, a  indywidualni pracownicy, doraźnie - za zgodą przełożonego - w przypadku nagłej potrzeby, mogą zamienić się zmianami na jakiś czas. Bo przecież liczy się ilość (pracowników)na zmianie i wykonana praca.

Są pewne przepisy, które  powinny być wprowadzone centralnie, z pozostawieniem pewnej swobody pracodawcy/ samorządom ( niższy szczebel) , i wreszcie pracownikowi  (na dole).

Że pełna centralizacja nie jest możliwa, to jest wiadome, ale chodzi o to by rozdrobnienie było jak najmniejsze, w tych dziedzinach życia społecznego, w których jest to możliwe.

*

Ale być może jestem zacofana, bo nie jestem prawnikiem , ale  swoje przeszłam pracując w różnych systemach zmianowych. Gdy człowiek jest długotrwale zmęczony i zestresowany to wiadomo co się dzieje. Odbija mu , choruje. O wypadkach w pracy nie zapominając. I relacjach międzyludzkich tych codziennych też trzeba pamiętać, że są wtedy zakłócone.

A dlaczego "górę" powinien obchodzić "dół "i warunki życia ?  Bo zadowolony i zdrowy człowiek to dobry pracownik. I nie wymaga leczenia. I stąd się też biorą niektóre oszczędności...

Ps. A tak przy okazji, to ten nowy program z badaniami dla osób w wieku 40+  z jednej strony, a z drugiej strony info o zamkniętych oddziałach w szpitalach z powodu braku lekarzy  i personelu medycznego...stoi wg. mnie w opozycji zamiast w koniunkcji. 

I bądź tu mądrym i pisz wiersze....

Ps.Pozostaje mi więc dać upust nagromadzonym emocjom...

06 lipca 2021

Centralnie o władzy rodzicielskiej.

 Czas wrócić do mocy, czyli...... do tematu mocarstwowości. 

Ale póki co, podsumowując kwestie udanych związków, można skwitować je stwierdzeniem : nic się nie stało. Co oznacza, że gdy ludzie są dobrze dobrani, to życie we dwoje wygląda tak jakby się było samemu/mej: tylko czasem  człowiek  się na siebie wścieka, tylko czasem pluje w brodę, ale za to często  dogadza. Oczywiście w miarę  chęci i możliwości. A jedyna różnica między 1 a 2 polega  na zwiększonych potrzebach metrażu ( ogólnie pojętego np. powierzchni przechowywania i ilości sztućców czy też częstotliwości prania, itp)  Bo co dwoje to nie jedno, chociaż dwoje teoretycznie ma stanowić jedność. A jak jeszcze ta jedność się rozmnoży, to już w ogóle...z czasem mamy małe państwo w państwie.

Jeżeli państwo potraktujemy jak jedną  wielką rodzinę, w której jest wiele różnych charakterów i potrzeb, nie dziwota, że kłótnie o władzę są na porządku dziennym. Ale przecież pomniejszym gałęziom drzewa genealogicznego, nie zależy na tym kto rządzi, ale jak rządzi. Czyli czy wszyscy mają papu i papier toaletowy do podtarcia. Tak w skrócie. Więc nie ważne kto, ale jak.  Nie ważna nazwa ustroju politycznego, tylko jak sprawnie pracują poszczególne tryby gospodarki.

Żeby wszystko się zazębiało potrzebna jest kontrola poszczególnych mechanizmów, poprzez trzymanie wszystkiego w jednym ręku. Ten etap już przechodziliśmy za czasów PRL. Gdzie tkwił błąd? Tak na chłopsko-babski rozum biorąc, to lepiej pozostawić ten temat znawcom. Ale śmiem myśleć, że  skrajna odwrotność, czyli puszczenie wszystkiego samopas, bez żadnej kontroli - jest takim samym błędem. Tzw. pełna wolność gospodarcza, prowadzi do chaosu i bezhołowia, a w efekcie - do wewnętrznych podziałów  i postępującego  rozdrobnienia w ramach państwowej rodziny . Jak tu znaleźć złoty środek?

Przecież wszystkiego nie da się upilnować( na tym etapie), ale z drugiej strony wiemy jak jest z dziećmi puszczonymi luzem ( społeczeństwem) na poszczególnych etapach rozwoju. Jednym palma odbija, a innym nie.

A skoro mamy wielką rodzinę, to są  i określone  potrzeby na kolejnych etapach życia:

1.- początkowo wydalanie, papu i sen

2.- potem zabawki, wydalanie, papu i sen

3.- odzież, wiedza,, zabawa/ki , wydalanie, papu, sen

4.- praca, papu, wydalanie, zabawki i sen

5.- emerytura,wydalanie, papu, zabawki, sen

6.- głęboka starość - wydalanie, papu i sen,

7.- śmierć organizmu

Przez cały okres życia  towarzyszy nam zdrowie/choroba , które są albo chwilowe, albo długotrwałe ( okresowo  lub przez całe życie) i potrzebny jest tzw. własny kąt.

 A skoro już wiemy jak przebiega  rozwój cywilizacji i ku czemu też zmierzamy globalnie, w jakiejś dalszej planetarnej przyszłości, to pozostaje mi wrócić na łono RP.

Państwo reprezentowane jest przez rząd, który tak jak rodzice powinien wiedzieć ile ma kasy, ile potrzebuje i ile może wydać pieniędzy na zaspokojenie potrzeb swoich dzieci, na danym etapie rozwoju demograficznego.  

Rodzice zwykle wiedzą ile mają pieniędzy do zagospodarowania, ale..niektórzy członkowie rodziny mogą mieć przecież ukryte zaskórniaki ( szara strefa) tylko na własne potrzeby i niekoniecznie trzymać je w skarpecie ( w miejscu zamieszkania). Dlatego tej  części dochodu rodzice zwykle nie biorą pod uwagę. A a jedyne czego powinni pilnować, to to by pieniądze zostały w domu ( w kraju). Tak na  czarną godzinę, albo zarazę...

Taka to rodzinna  centralizacja...* ;)

Ps. Jest jeszcze coś co wymaga  poruszenia...bo związane jest bezpośrednio ze zdrowiem. I może warto by było pochylić się w związku z tym nad pewnymi odgórnymi zmianami....?

*https://pl.wikipedia.org/wiki/Centralizacja_(prawo)

Centralizacja – rozwiązanie normatywne, instytucjonalne, proceduralne i finansowe, którego istotą jest skupienie kompetencji i decyzji na najwyższym poziomie podziału terytorialnego państwa oraz hierarchiczne podporządkowanie organom i urzędom działającym na tym poziomie podmiotów funkcjonujących w terenie.

Centralizacja wiąże się z pozbawieniem samodzielności organów niższego szczebla (oraz funkcji samorządu lokalnego i terytorialnego)[1], uzależnieniem ich od organów centralnych. Łączy się również z zależnością osobową i służbową, odsunięciem instytucji społecznych od udziału w rządach.

Centralizacja teoretycznie daje możliwość spojrzenia na lokalne problemy z szerszej perspektywy, łatwiejszego znalezienia wspólnych rozwiązań, zrealizowania większych celów, zbierania i analizowania większej ilości danych, stawiania bardziej dalekowzrocznych prognoz, mobilizowania większych zasobów ludzkich, materiałowych i finansowych, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Centralizacja państwa jest charakterystyczną cechą państw totalitarnych (np. III Rzesza, ZSRR)[2].

Przykładami państw o scentralizowanej strukturze administracji publicznej są Grecja oraz Holandia.

Takie tam mrzonki o wsadzaniu wszystkich do jednego wora.

Myślałam o centralizacji i nawet napisałam część posta, który zamieszczę potem, bo po części inspiracją do tego wpisu był i on, ale dziś rano moje myśli wróciły do bloga " Mokurena" (Tokio po raz drugi) i podanych tam cen. Zainteresowały mnie już dużo wcześniej proporcje pomiędzy zarobkami a ceną danego produktu , ale tym razem moje myśli powróciły jeszcze do czasów premiera Mazowieckiego i historycznej " grubej krechy". I ta gruba krecha, mnie tak zainspirowała, a nie ówczesne jej przesłanie. Bo jak tak człowiek żyje i dysponuje określoną kasą, to wiadomo, że liczy się z pieniędzmi i wychodzi na koniec miesiąca lub tygodnia, że jest albo nad albo pod  krechą.

I tak popatrzyłam na te proporcje cen w Japonii, popatrzyłam na proporcje cen w Polsce, tak z grubsza. Bo przecież wiadomo, jak to z tymi średnimi zarobkami jest. I tak sobie pomyślałam, że jest sposób by wszystkich wziąć pod jedną kreskę i wrzucić do jednego wora. 

Jak? A tak....należałoby ustalić proporcje zarobki- cena pojedynczego produktu  i w zależności od przedstawionych zarobków ( wpływów), opłata za dany produkt miałaby być proporcjonalna. Tj. np. za 1l mleka = 2,4 zł   ktoś kto zarabia 2000 zł płaciłby 2,4 zł, a ktoś kto zarabia 10.000zł - proporcjonalnie 5 razy więcej tj. 12zł. 

I tak ze wszystkimi produktami....Tylko jest taki jeden mały problem....wszyscy musieliby mieć zapewnioną pracę lub być zarejestrowani jako firma (i zarobki pod kontrolą cyfrową państwa) i oczywiście być uczciwi. W ten to sposób nastąpiłoby wyrównanie rachunków, w gospodarstwach domowych. I najbogatsi byliby dużo bliżej rzeczywistości niż ma to miejsce dzisiaj. Poza tym nagle mogło by nastąpić odwrócenie wartości, że bycie biednym jest na topie ;-).

O innym plusie też wspomnę: sporo miejsc mogłoby się zwolnić na wyższych stołkach, bo przecież niektórych trzymają tam tylko pieniądze...

Ale to tylko takie tam mrzonki o równaniu różnic społecznych.

04 lipca 2021

Takie tam skojarzenie...że karma wraca.

 Jak ja się cieszę, że nie muszę nigdzie wyjeżdżać i jestem wolna od mediów społecznościowych . Nie przepadam za maglem . Wystarczy mi blog. :)

Tymczasem, komentarz Jotki : ''ale ja mam to szczęście, że żyję w związku, a swoboda jak u singielki:-)" dał mi sporo do myślenia.

I przy okazji wróciłam myślami do sytuacji, kiedy pomagałam znajomym " w chorobie". Wiadomo było, że powrót do zdrowia jest niemożliwy, a śmierć jest tylko kwestią czasu. Ale do czego zmierzam? Parę lat wcześniej, gdy znajomi nie byli jeszcze w związku, pomogli mi w znaczący sposób. I życie tak się potoczyło, że zdążyłam  wyrównać między nami rachunki. Takie niematerialne.

Po śmierci jednego ze współmałżonków, nasze relacje rozluźniły się, ale przyjemnie jest mieć zawsze otwarte drzwi.

 Tymczasem pech, a może szczęście? sprawił, że złamałam rękę. Byłam wtedy sama. Pominę nieistotne szczegóły, a przejdę do meritum. Ręka dość długo dochodziła do siebie, mimo własnej rehabilitacji.  I był jeden taki drobiazg, który jak się okazało , przeszkadzał nie tylko mnie, ale zwłaszcza mijanym sąsiadom . Ten drobiazg, to to że chodziłam przez pewien czas bez biustonosza. Plotek narodziło się co niemiara, tym bardziej że nikt nic o mnie nie wiedział. Ale na przestrzeni kilku lat pojawiły się różne sytuacje, które odwróciły "zły los" i ucięły wszelkie bajki.

Nikomu źle nie życzę, ale ponieważ sytuacje  lubią się powtarzać, więc po roku  jedna z pań złamała rękę w pracy, a pozostałym dokucza coś innego i musiały się wreszcie zająć sobą.

I jest coś na rzeczy w powiedzeniu, że karma wraca. Albo jako dobro, albo jako zło. W zależności od tego, której strony dotyczy i jak to odbieramy indywidualnie.

Ps. Jedną ręką biustonosza nie da się zapiąć, a jedyne co można zrobić( w tej sytuacji) to podrapać się po głowie...i świecić oczami zamiast 'cyckami'. Niektórzy lubią robić sensację z niczego i snuć domysły (na głos).

03 lipca 2021

O urokach boskiego życia.

 cudowne jest życie singla

gdy gaz* z odbytu prycha

nie straszna wtedy osoba

przy której bon ton znika.

 

cudowne jest życie singielki

gdy skóra z ciała obwisa

nie straszna wtedy osoba,

której napięcie zwisa.


cudowne jest życie staruszka

gdy ślina z ust pryska

nie straszna jest wtedy osoba

co trzyma właściwy dystans.


cudowne jest życie staruszki

gdy mocz z pęcherza płynie

nie straszna jest wtedy osoba

co  mokry pampers zwinie.


cudowne jest życie wolnego

gdy nie chce się w domu sprzątać

nie straszna wtedy osoba

co też nie będzie się krzątać.


cudowne jest życie wolnej

gdy włos  w nieładzie na głowie

nie straszna wtedy osoba

co myśli o tym podobnie.


cudowne jest życie bezżenne

bo można zawsze się urwać

lecz nie wiadomo z czego?

przecież to tylko chwilówka.


cudowne jest życie bezmężne

bo można sobie pohulać

nie wiąże wtedy zrzędzenie

że to "moja" połówka.


cudowne jest życie luzaka

bo można pojeść do syta

i nikt nie zamknie lodówki

gdy pas od spodni zazgrzyta.


cudowne jest życie luzaczki

gdy zmarszczek na twarzy przybywa

bo nikt podczas kłótni nie wytknie

 że latek mi nie ubywa.


Cudownie jest żyć samotnie,

bez strachu o akceptację

bo przecież trzeba być chorym

by kochać codzienną lustrację?

 

Kurze nie starte przez tydzień

panoszą się na meblach

kto by się tam przejmował ?

przecież to tylko detal.

Łazienka moczem waniajet 

odświeżacz tu nie pomoże

trzeba zakasać rękawy

bo robi się niedobrze.

Kuchnia się obraziła- ma na nas wywalone

lodówka brudem ocieka- zamyka swoje podwoje.

 

Aż jeść się odechciewa 

i życia... tak przy okazji

więc może dyla na imprę**?

z partnerem/ką co się nie obrazi, 

że tylko czasem spotkanie...

lecz za to z jaką pompą?  koszulka, gajerek,

 lśniący but, 

fryzura prosto z salonu 

i równie piękna partnerka - wolna i bez welonu. 

Takie to życie też bywa . Jest pięknie, jest bród/brud.

Lecz nie ma się czym przejmować, wszak singiel

jest jak Bóg....

Samotny i doskonały. 

Sam dla siebie.

 

*  metan?

** impreza


02 lipca 2021

O budowaniu gniazda i wąchaniu skarpet.

 Tak się zastanawiałam, czy wypada nasrać we własne gniazdo?  I doszłam do wniosku, że nie ma co się powstrzymywać, bo przecież na okrągło ludzie to robią. Tyle tylko, że nie zawsze są tego świadomi, z powodu perspektywy. Patrząc na Polskę jako gniazdo- wyrażamy się w różny sposób o jej plusach i minusach, patrząc na Europę czy Unię E.- też potrafimy zmyć głowę niektórym i pojechać od góry do dołu po znajomych. O rodzinie nie wspominając ( publicznie nie mówi się o tym wprost, tylko używa zamienników). 

Ale zamiast robić we własne gniazdo, może lepiej zastanowić się jak je dobrze zbudować?

Z reguły ludzi dzielimy na (podział podstawowy)

a. młodzi z różną wiedzą/ niewiedzą na temat związków

b. starsi z różnym doświadczeniem i wiedzą /niewiedzą na temat związków

Przy czym  jedni klasyfikują wg. :

1. wieku, 

2. inni wg. indywidualnych zachowań 

3. wg. dojrzałości tzw. emocjonalnej czy innej

4. pozostali wg. dojrzałości duchowej

5. inni wg.stanu posiadania ( zawód, wykształcenie, majątek, status, itp).

Młodym z racji wieku jest łatwiej  dogadać się, chociażby z tego względu, że  nie niosą ze sobą balastu przeszłości i są bardziej otwarci na wypracowanie własnego szablonu w związkach niż ma to miejsce w przypadku osób starszych. 

Podział podstawowy na starszych i młodszych, tylko pozornie związany jest  z wiekiem i doświadczeniem, bo w dużej mierze dotyczy też rozwoju tzw. uczuć wyższych. Tu główną rolę odgrywa otoczenie, w jakim wychowujemy się i to z czym przyszliśmy na świat (np. doświadczenia z okresu prenatalnego czy ciało duchowe)

*

 Jak można przekonać się czym jest wyższe uczucie? Bardzo prosto: wystarczy przyjrzeć się swojej wielkiej pasji. Poczynając od codziennego picia piwa pod ławką na skwerku, poprzez nałogowe czytanie nawet podczas jedzenia, czy siedzenie w garażu i dłubanie w drewnie, takoż kompulsywnym robieniu zakupów itp.

Wszystko to co wskazuje , że mamy/ uwielbiamy coś, co :

a. pochłania nas w dużej mierze

b.tak organizujemy sobie czas by go mieć dla naszej pasji czy innego nałogu

c.nie przeszkadza nam brak akceptacji otoczenia dla niej/niego ( szkodliwej lub wręcz przeciwnie)

d. nie drażnią nas drobiazgi,  które są związane z przedmiotem/podmiotem naszego uwielbienia

e. żeby zrealizować się w ...( miłości do...)  jesteśmy w stanie znieść wiele przeciwności, łącznie ze zmianami, jakie wskutek tego mogą się pojawić ( też niekorzystne, gdy nasza uwaga jest skierowana w niewłaściwym kierunku np. hazard itp. )

Jak widać i nałogi mogą wskazywać na coś pozytywnego, chociaż same w sobie tym nie są.

Tak punktowo i pokrótce można scharakteryzować uczucie wyższe, które albo jest w związku między dwojgiem ludzi, albo go nie ma. Bo obie strony muszą czuć dokładnie to samo, żeby wszystko grało. Wtedy żadne szablony nie są potrzebne albo inaczej - jest jeden i ten sam.

Także warto przyjrzeć się swoim pasjom, by zobaczyć czy to tylko chwilowa ekscytacja czy coś bardziej trwałego. Bo nagle może się okazać, że nie ma w nas nic z uczuć wyższych, bo nie spełniamy warunków ( a-e itp.) i skaczemy z kwiatka na kwiatek, od jednego/nej do drugiego/giej ekscytacji. I dziwimy się, że z nikim nie możemy dłużej wytrzymać albo ktoś z nami.  A to  proste- brak uczuć wyższych. Chwilowo lub długotrwale. Więc nie ma co podskakiwać , bo nawet gdy złapiemy  poprzeczkę na wyższym poziomie to ileż czasu można na niej wisieć bez własnego podparcia?( własnych uczuć) . Warto powisieć na drążku aż do bólu , żeby się przekonać co nas czeka...

Więc dość szybko schodzimy z chmur na ziemię...Małostkowość i drobiazgowość to ziemski poziom, a nie niebiański. I te drobiazgi w życiu codziennym stają się najbardziej dokuczliwe, chociażby z racji ich powtarzalności. Dotyczy to związków, które połączyła emocja (chwilowa lub  bardziej długotrwała) i lęki ( mniej lub bardziej uświadomione), a nie wyższe uczucie.

Uczucie, jeżeli już wiemy czym jest  i czujemy miętę, musi być skierowane we właściwym kierunku. Jeżeli  jest tylko jednostronne, to wiadomo, że drugą stronę ( tą bez miłości) będzie drażnić wiele rzeczy. A to, że skarpetki schowane/ nie schowane w szafce w przedpokoju, a nie w komodzie, czy innej szufladzie w meblościance, że noże w suszarce stoją czubkiem do góry/ do dołu, że siedzi i prowadzi bloga/nic nie robi zamiast zająć się czymś innym, że gazeta odłożona/ nie czyta gazet, itp. bzdety. Dużo tych, że....

A im dłużej trwa związek, tym gorzej i frustracja narasta. U obu stron. Więc albo zaczyna się prowadzić drugie życie, równolegle do pierwszego , udając że wszystko ok., albo ludzie się rozstają albo żyją siłą przyzwyczajenia i przysięgi małżeńskiej, bo poczucie obowiązku stawiają na 1-szym miejscu. I szukają odpoczynku od domu i tego co stworzyli , uciekając w....hobby i inne nałogi, które z kolei pośrednio  wskazują im czym jest prawdziwa miłość ( uczucie wyższe) i że to właśnie muszą w sobie odnaleźć. I kółko się zamyka.

Ps. Chwilowo nie narobiłam do własnego gniazda. Może dlatego, że przestałam wąchać skarpetki po ściągnięciu, a może dlatego, że lato przyszło i gołe stopy?




30 czerwca 2021

Była sobie raz królewna...

...to świetny początek bajki. Ale to nie będzie bajka, tylko prawda. Ot takie zwykłe spotkanie ze znajomym, sprzed 10 lat, które utkwiło mi w pamięci. Oczywiście fragmentarycznie, bo 2 godziny monologu z jego strony, to głównie sprawy interesujące jego , a wspólne wówczas zainteresowania  ograniczyły się do zaledwie kilku zdań. 

Znajomy  był na etapie poszukiwania kolejnej partnerki do życia. Ponieważ nasza znajomość miała charakter dorywczo- przyjacielski od wielu lat i znaliśmy się jak łyse konie, więc można było porozmawiać na damsko-męskie tematy, tak od serca.  Różnica wieku nie miała tu żadnego znaczenia( prawie 20 lat). 

I co mi się podobało w tym jego w większej części monologu? To, że wiedział czego chce. Ale ponieważ od wielu lat był samodzielny i zawsze chodził koło siebie, więc nie szukał sprzątaczki , kucharki, kochanki do wspólnego życia, tylko kogoś z kim mógłby dzielić swoje pasje , np. wyjazdy na ryby, wychodzenie do teatru, kina, restauracji i przy okazji obowiązki domowe( z powodu wspólnego zamieszkania). 

Są takie kobiety( i mężczyźni), które z powodu wychowania lub dla realizacji własnych pobocznych celów (np. wygodnego życia czy zaspokojenia innych potrzeb ) są uległe i skłonne pójść na wiele ustępstw. I są tego świadome. 

Ale jest też wiele osób ,nieświadomych siebie ( lub ukrywających własne cele), które stwarzają pozory uległości i szacunku tudzież serdeczności,wobec partnera/ki na początku, ale po jakimś czasie wychodzi szydło z worka. I dobrze, by nie było za późno. Bo jak wiadomo i do złego  można się przyzwyczaić i czym to się kończy : zszarpanymi nerwami, utratą zdrowia, zadowolenia z życia- w przypadku ofiary, a zadowoleniem dominanta. Bo tak zaczyna wyglądać relacja post factum. 

A gdy dochodzi do tego jeszcze alkohol czy inne uzależnienia, to z pewnością nie jest to wymarzony książę/księżniczka do życia  dla zdrowo myślącego człowieka, który chce coś zbudować.

Warto zatem bacznie obserwować zachowania drugiej strony od samego początku i na bieżąco przyglądać się sobie i swoim odczuciom, żeby nie władować się w bagno w poszukiwaniu iluzji odlotowego szczęścia.

I tak słuchałam o tych jego wymaganiach wobec poszukiwanej partnerki do życia na tzw.stare lata ( miał wtedy ok. 70 lat) i wreszcie znalazł ( 58 lat). Wkrótce po naszej rozmowie. Ale zanim  nastąpił  tzw. szczęśliwy koniec, znajomy musiał przejść swoje, bo z osobą, z którą był przez jakiś czas , nie mógł się definitywnie rozstać.  Należała bowiem do osobowości typu " wyrzucisz drzwiami-wejdzie oknem" . Ich relacja  była odwrotna: on musiał być uległym, a ona była typowym dominantem ( z pozorami uległości).

A do czego zmierzam? Że jak tak wówczas słuchałam tych jego wymagań, to stwierdziłam, że cieszę się, że jestem sama i nie muszę nic przed nikim udawać w imię bycia z kimś, kto jest z całkiem innej bajki. 

I chociaż pozornie pasowaliśmy do siebie, z racji usposobienia i podejścia do życia (porównywałam się z nim podczas naszych wielu rozmów), to było jeszcze coś co nas znacznie różniło - zapach. Mięty między nami  nie było. Bo jednak te feromony muszą działać obustronnie, żeby coś zakwitło.  Bez względu na to, czy robi się z nich użytek, czy nie.

 No i taka myśl mi  przyszła do głowy- jak zwykle nieodkrywcza- do partnerstwa  trzeba dojrzeć, a nie zestarzeć się w metryce.

Taka to bajeczna prawda.

Ps. To tylko takie nawiązanie do dawnych wpisów dotyczących relacji damsko-męskich.