No i nastał nam kolejny przyjemny dzień... Odpaliłam się jak sprzęt na czuwaniu, więc trzeba skorzystać z przypływu twórczej weny. A tematem dzisiejszego wpisu są ....( tu fanfary)....ryby. W czym tkwi ich niezaprzeczalny, dla mnie ( zaznaczam) urok? Może w tym, że wreszcie dorwałam coś innego niż wędzoną makrelę czy namiętnie spożywane śledzie w różnej promocyjnej postaci. Tym razem był to....morszczuk. Też wędzony.
Pomna jednorazowego doświadczenia z leszczami, długo stałam nad rybką w zgrabnym pełnowymiarowym opakowaniu, zanim wyciągnęłam właściwy wniosek( bez korzystania z potentata wiedzy wszelakiej w telefonie) : mięsko powinno być dobre, bo cena przed obniżką za kg była o 1/3 wyższa niż wspomnianej makreli. Zatem nie mogę powiedzieć/napisać, że poszłam w zakup w ciemno....
Napływająca na samą myśl o wyrafinowanym jedzonku ślina, powiedziała mi więcej: bierz dwie sztuki. Popatrzyłam na datę ważności i stwierdziłam, że dam radę z konsumpcją- przed jej upływem.
I dałam, ale zanim co to nie omieszkałam zajrzeć i poczytać o morszczuku. Skąd przybywa i jaką ma dietę, oraz oczywiście wartości odżywcze, żeby w razie co wiedzieć czego mogę się potem spodziewać u siebie: jakich efektów trawienno-upiększających.
Potem to już poszło z górki, popiłam kwaśnym napitkiem na wspomaganie trawienia i oddałam się rozmyślaniom. Tak, takie doświadczenia mogłabym jeszcze powtórzyć, nie raz. Rybki działają na mnie wybitnie odstresowująco....Trzeba chyba zwiększyć spożycie....
Ps. Dobrze jest znaleźć jakiś sposób na siebie...na miarę własnej kieszeni.